MARTINA


W kopercie list, w nim pyta się
pewna Martina, czy mi chleb 
obcy smakuje.
Obieżyświata chleb, gdy sam
jem go tu właśnie, a nie tam,
gdzie mnie brakuje ?
Jajka na boczku to mój wikt,
śmieję się, łez nie widzi nikt,
dumam nad zmianą
i nagle tyle pytań mam,
czemu nie jestem tu ni tam,
gdzie by mnie chciano.

Gdybym z Martiną siedzieć mógł,
pijąc "martini" niczym bóg
wśród grona gości,
nie, nie wspominał tego bym,
o czym śpiewałem - stary hymn
górnej młodości.
Wentylatorów swojski wiatr,
miał bym sto kilo, tyleż lat
jak się należy.
Otyłą duszę, ciało też
karmił knedlami, wierz mi, wierz,
pił piwo z dzieży.

To tylko dwieście kilometrów,
może nawet bliżej ,
lecz jeszcze nie oclona dusza ma.
Wciąż polityczne barometry
omijają wyże,
przy wiecznych niżach świat nie zmieni tła.

Gdybym pojechał do niej tam,
nie wiedziałbym, co robić mam,
może gołąbki - 
symbol pokoju, siwy dym
lub produkował siarkę bym
z wody lub z gąbki.
Inne atrakcje też tam są,
szał na piłkarskich meczach, bo
brakuje kortów.
W knajpie bym leczył zdarty głos
i w rumie topił podły los
z braku paszportu.

A gdybym ją całować chciał,
miast kręgosłupa trzcinę miał 
wiatrem targaną.
Włóczyłbym po zebraniach się,
a po wieczorach tłukłbym grę
głupią, karcianą.
Tak krocząc wciąż ku nowym dniom,
na boku bym zbudował dom
z kradzionej cegły.
I do "stolicznej" miałbym gust,
wciąż by krążyła z ust do ust,
w tym byłbym biegły.

Gdybym chciał mówićz Martiną,
myliłbym bukwy z łaciną
na kłamstwa głuchy.
Czastuszki dźwięki zamiast nut,
myliłbym berło oraz knut,
złe, dobre duchy.
Życiowe hasło: mieć nie być,
uczyłbym dzieci mądrze żyć
na prawdy zgliszczach,
na własnych śmieciach, syty kmiot,
bym najeżony zdobił płot
i czcił bożyszcza.

Może byś mogła kiedyś być
mym przyjacielem na czas zły,
gdy walczę z trwogą.
Tym, który snu zarzuca sieć,
wie, że mężczyźni muszą chcieć
więcej niż mogą.
Ty byś tępiła ciernie złe,
w objęciach swych chroniła mnie
przed chorób władzą,
twój ludzki rozum, ludzki gest
mówiłby: tu twe miejsce jest,
gdy wszyscy zdradzą.

Martino, wiedz, za darmo świat
nic nie rozdaje, w parę lat
sama zrozumiesz,
że nawet kamień skruszy czas
i na pustyni tryśnie raz
ożywczy strumień.
Gdy tęskny wyda mi się świat,
z twojego listu wyjmę kwiat,
wsunę go sobie
do butonierki, tani szpan
i wzniosę toast, wina dzban,
za twoje zdrowie.

To tylko dwieście kilometrów,
może nawet bliżej,
lecz jeszcze nie oclona dusza ma.
Wciąż polityczne barometry omijają wyże,
przy wiecznych niżach świat nie zmieni tła...